Previous Entry Share Next Entry
House of Leaves
coffee
stray_alchemist

Tego wpisu raczej nie będzie można nazwać recenzją. 


Nie wiedziałabym nawet, którą książkę recenzować, bo House of Leaves to zbiór narracji, które przeplatają się, mieszają, łączą. Różnią się wszystkim - formą, treścią, doborem słownictwa. Czytelnik otrzymuje erudycyjny do granic absurdu esej poświęcony filmowi dokumentalnemu, nieco gawędziarską opowieść o losach subkultur LA, horror, historię miłosną małżeństwa dojrzewającego do uczucia i powieść epistolograficzną, której narratorka znajduje się w szpitalu psychiatrycznym. A to tylko te najbardziej oczywiste historie; jest ich dużo więcej. Są mikronarracje. Są wiersze i przypisy budujące swoje własne opowieści. Zaszyfrowane wiadomości, do których się wraca i których się szuka po całej książce. Są wątki, które wykreślono, wątki ledwie zasugerowane, zbudowane na cytatach. Pojedyncze, urwane zwroty i wyrażenia, które sprawiają, że chciałoby się dowiedzieć więcej, móc określić, jak było naprawdę. Chyba żadna inna książka nie zostawia czytelnika z tyloma pytaniami i wątpliwościami. Mnie to nie przeszkadzało - pewnie każdy, kto to przeczytał, ma swój własny pomysł na to, jak rozumieć tę książkę, dla mnie w każdym razie losy bohaterów nie były jej kluczowym elementem. 

Zanim jednak napiszę, co nim było, muszę koniecznie wspomnieć o graficznej oprawie książki. Nie chodzi nawet o to, że to piękne wydanie, a słowo "dom", w jakim języku by się nie pojawiało, jest wydrukowane na niebiesko. Czcionki, układ stron, rozmieszczenie tekstu - wszystko to ma na celu służyć budowaniu odpowiedniego wrażenia, wywoływaniu poczucia niepewności i zagubienia, oddawaniu stanu postaci. Efekt jest piorunujący. Dodatkowo w książce umieszczono zdjęcia, rysunki i kolaże, co sprawia, że opowiadana historia staje się potwornie realna. Poczucie to jest jeszcze potęgowane przez przypisy. Niektóre z nich dotyczą faktycznych książek i źródeł, inne - fikcyjnych. Nie miałam czasu ani możliwości, żeby sprawdzać wiarygodność każdego z nich, a w pewnym momencie przyłapałam się na tym, że po prostu traktuję je jako prawdziwe i bez dalszego zastanowienia akceptuję całą zbudowaną przez Danielewskiego fikcję. 


Zresztą, ponad tym poczuciem realności, na jakiejś płaszczyźnie meta, autor dość jawnie kpi z pewnych elementów kultury, z literaturą i filozofią na czele, kpi też z samego siebie. Najlepiej to widać w eseju o filmie Navidsona, który jest w niektórych fragmentach celowo przeintelektualizowany. Poza wszystkimi narracjami, czytelnik otrzymuje też subtelne, błyskotliwe komentarze Danielewskiego do otaczającej go rzeczywistości.

Wymienione przeze mnie elementy składają się na ważniejszy aspekt tej książki (nie bez powodu przywoływani są w niej postmoderniści i filozofowie języka, a autor nie krył inspiracji Derridą). Danielewski sięga po kolejne języki i dekonstruuje je, krok po kroku: język filmu (tak, jestem zdania, że napisał film), języki różnych narracji, angielski, niemiecki, francuski, wymarłe języki, zbiory symboli. Nawet układ graficzny staje się językiem - o zaskakująco klarownym i intensywnym przekazie. Wszystkie języki zostają sprowadzone do możliwie najbardziej abstrakcyjnej formy i wspólnego mianownika w postaci znaczeń. Pod warstwami konotacji, skojarzeń i kulturowych interpretacji czytelnik znajduje dom z liści, zmienny labirynt, w którym nie ma Minotaura. Nie ma też żadnej nici Ariadny. 

Edit: po przejrzeniu tekstu po raz n-ty mam wrażenie, że wyszedł paskudnie egzaltowany, nie mówiąc o niezliczonych powtórzeniach. No, ale nie miał być recenzją, więc zostawię go, jak jest, mając nadzieję, że przynajmniej widać po nim, jak duże wrażenie zrobiła na mnie ta książka. ;)

Zdjęcia znalezione w internetach. Przedstawiają wydanie drugie, uzupełnione. 




  • 1
To się da czytać bez bólu głowy? Szczerze pytam, nie ironicznie.

Mi się udało, w każdym razie.

  • 1
?

Log in